Wszystkie zdjęcia na tym blogu są mojego autorstwa, nie zezwalam na ich kopiowanie, umieszczanie na innych blogach czy gdziekolwiek bez mojej wiedzy . Nie kradnę i nie chciałabym być okradana. Jeżeli wzoruję się na pracy innej osoby, poinformuję osobę zainteresowana i oznaczę ją pod zdjęciem.

poniedziałek, 1 września 2014

Malwy

Zasiadłam dziś rano do komputera z kawunią, zerknąć po blogach co tam w trawie piszczy. Wpadłam do naszej kochanej Danutki, a tam wyraźnie napisane, coby kawkę i duży kawał ciasta w łapy wziąć, zanim na dobre zaczynie się czytanie. Posłuchałam więc koleżanki, popędziłam do kuchni w celu przygotowania kanapek na śniadanie, gdyż ciasta w domu brak i zasiadłam do porannej lektury. Naczytałam się co nie miara, a jedzenia zabrakło w połowie tekstu. Poczytałam, pooglądałam obrazki z kolorami i kiedy już skończyła się danutkowa epopeja, zabrałam się ostro za myślenie, co by tutaj z czerwonym kolorem wymodzić. Nagle....... EUREKA !!!!!!! Stanął mi przed oczami obrazek z posta Ani Iwańskiej ze słodkim tekstem -biały sracz na czarnym tle, w odpowiedzi na sztukę nowoczesną- To było to. Sztuka poniekąd nowoczesna. Wytaszczyłam z moich domowych zakamarków podobrazie, wygrzebałam i odkurzyłam jakiś czas nieużywane farby akrylowe, odkopałam kilka pędzli i wzięłam się za malowanie. Padło na malwy, które akurat kwitną pod moim ogródkowym płotem. Dzieło owe mierzy sobie 100 cm wysokości i 30 długości. 
Tym sposobem załatwiłam sprawę wyzwania wrześniowego z kolorem czerwonym, dodając mu zieleności, jak w wytycznych Danusi. Szczegóły Danutkowej zabawy znajdziecie w linku .






Sygnatura z datą na dowód mojej miłości i wierności.... oj nie, to przysięga małżeńska była hihi




 
 Obowiązkowo nadrobiony po czasie banerek cyklicznych kolorków u Danutki





Żeby nie było tak całkiem zielono czerwono, dorzucę Wam fotunie z wczorajszego grzybobrania z moimi małymi szkodnikami. 


Sowie pola, czyli pięknie rosnące w lesie kanie. Zostawiłam je, niech sobie spokojnie rosną, jutro przecież idziemy do lasu, to zbierzemy większe :) Tutejsze plemiona bowiem takowych trujasów nie zbierają.





Dla smakoszy borowiczek :)  Nie nie, takich w lesie nie zostawiałam. Które się nadawały,lądowały w koszyku, pozostałe musiałam odrzucić, bo niestety robale były na grzybach przede mną.




Na zakończenie moi mali grzybiarze, po których w tym momencie muszę się zbierać do przedszkola.



Buziam Was mocno, dziękuję za każdy miły komentarz pod moimi pracami, a za te bardzo krytyczne absolutnie też się nie obrażę. 

 Dopisano 16:43

No ja doopa blada jestem i tyle. Banerka nie wstawiłam, o kolorku nie napisałam..... Jak się człowiek śpieszy..... itd. Ale to nic, bo zupę wstawiłam, dzieci odebrałam, zupę im nalewam i co?? Nie przyprawiłam za bardzo, haha. Taki osioł jestem dzisiaj, że już sama nie wiem co o sobie myślę. 

A więc tak. Banerek wisi już w poście wyżej, a co do koloru, to czerwień lubię, owszem, bo to kolor zdecydowanie odważny i noszą go zazwyczaj osoby przebojowe, nie bojące się niczego. Niestety, jak większości wiadomo po dzieciaczkach zostało mi parę kilo za dużo w ramach życiowego bonusa, toteż i czerwień nie jest dla mnie obecnie wskazana, aczkolwiek pozostało w szafie kilka rzeczy w tymże właśnie kolorku.
Na dowód tego dołączam foteczkę w szytej niegdyś przeze mnie własnoręcznie letniej sukieneczce w barwach narodowych.



Na dokładkę kolejny dowód na to, że lubię czerwień - moje pierwsze i wiele lat mordowane auto, golf jedynka, oczywiście ze zmienionym większym silnikiem itd. Był moim prezentem od taty z okazji zdania egzaminu na prawko. Pomimo wielkiego sentymentu z racji przeprowadzki do Niemiec auto zostało sprezentowane wujkowi, który zwyczajnie na świecie je sprzedał. Tutaj komentarza nie pozostawię, bo mi się płakać chce od razu. To nauczyło mnie jednego - nie dawać nikomu drogich prezentów. Zdjęcie zrobiłam tuż po tym, jak pomalowałam na czerwono wszelkie dodatki w środku i napisy na oponach.



Na zakończenie i poprawę humoru, kolejny dowód na to, że z czerwonościami mi do twarzy :)


Więcej grzechów nie pamiętam, jak ktoś jakiś znajdzie, proszę walić śmiało.

sobota, 30 sierpnia 2014

powakacyjny pościk

Witajcie robaczki kochane w przedostatni dzień sierpnia. Właściwie to już wieczór.
Czas ma to do siebie, że pędzi nieubłaganie szybko i to co dobre szybko się kończy. Ale nie ma czego żałować, bo wśród Was, w blogowym wielkim świecie jest zawsze miło i wesoło. 
Znów zakotwiczyłam w mojej niemieckiej dziurze, rozpakowałam poniekąd bagaże i staram się jakoś wrócić do zwykłej codzienności. Piasek zgrzyta jeszcze pod nogami, mimo że odkurzałam już nie raz. Nie lubię takich wojaży ze względu na to pakowanie i układanie wszystkiego po powrocie, stosy prania i prasowania i całego tego bałaganu. Niestety nie jest tak, że wracam z czym wyjechałam, bo zawsze robi się masę zakupów w kraju. Wracaliśmy z małżem już autem, toteż i załadowaliśmy nasze wielkie kombi po sam dach, a co się nie zmieściło, to dojdzie w poniedziałek kurierem.
Czas w Polsce wykorzystywaliśmy intensywnie, bo prawdę powiedziawszy nie mieliśmy go za wiele. Od mojej ostatniej wizyty w kraju minęło ponad 9 miesięcy, chciałam zaglądnąć tu i tam, jednak nie zdążyłam wszystkiego ogarnąć. Patrząc na mapę, zwiedziliśmy kawał świata, ale to mocno okrojone wycieczki niestety. 
Odwiedziliśmy góry i morze, więc można powiedzieć cała Polska była nasza. Żeby nie zanudzać, zapraszam Was na krótką wirtualną wycieczkę, a tych, których interesują jeszcze bardziej szczegółowe fotki wycieczkowe zapraszam do wakacyjnej galerii zdjęć na prywatny facebook

widok z Jaworzyny Krynickiej


Kolej gondolowa na Jaworzynę Krynicką


 Najpiękniejsze miejsce do moczenia nóżek. Potok we Florynce, Beskid Niski, szczególnie memu sercu bliski. Stąd pochodzili moi dziadkowie ze strony taty. W latach 1918-1920 była stolicą RNRŁ czyli naszej kochanej Łemkowszczyzny. W 1947 roku w ramach Akcji Wisła przesiedlono zamieszkujących tutejsze ziemie Łemków na odzyskane tereny zachodnie. Tym sposobem moi dziadkowie zostali przesiedleni do Michałowa koło Legnicy, gdzie następnego dnia na świat przyszedł mój tata. Ot, taka krótka historia rodziny.
Jako dziecko szalałam w tym potoku bardzo często.






 Poniżej nocny widok z mojego rodzinnego domku (wieżowca ściślej mówiąc) w Tarnowie.



i mały podgląd pięknego kolorowego nieba z widokiem na wschód. Przy idealnej przejrzystości powietrza, z prawej stony rozpościerają się piękne góry.
 

Nad Bałtykiem w pierwszy dzień sielanki nie było, pojawiały się chmurki i zimny wiatr, na szczęście zła aura nie zagościła na dłużej. 






kolejne dni były już pogodne, więc moczonko doopki było :)


na koniec rodzinka w pełnym składzie

 

Najwyższy czas ogarnąć się po wakacjowaniu i wracać do robótek. Myślałam że będę szydełkować na urlopie, zabrałam ze sobą szydełka, zakupiłam masę włóczek i na tym skończyłam. Teraz trzeba będzie ostro zabrać się do roboty.

Buziam Was jak zawsze ciepło!!!

Martucha

piątek, 1 sierpnia 2014

wio koniku !|!!

   Czy ja już pisałam ostatni post przed urlopem? Hihi, no jasne, ale trzeba wziąć jednak na mnie poprawkę. Nie zawsze mi wychodzi to, co sobie zaplanuję. 
Danusia na sierpień wymyśliła sobie kolor czarny i jego odcienie, więc jeszcze tylko wrzucę co nieco w związku z tą zabawą. Jeszcze dziś rano miałam w planie zupełnie inny projekt, jednak nieco mi się odmieniło. 
Dziś wszystko widzę w czarnych barwach, ale i powód jest ku temu odpowiedni. 
Odebrałam dziś moje szkraby z przedszkola i jak to często w taki upał bywa, poszliśmy na nasze fontanny. Dzieciaki bawiły się w wodzie i na placu zabaw, a kiedy już oboje zrobili się głodni, poszli spłukać piasek z nóg, żeby ubrać buty i pomaszerować do domu na wyżerkę. Pech chciał, że syncio mój poślizgnął się w fontannie i upadł niefortunnie podtrzymując się ręką. Zanim doszedł do mnie, mały palec prawej ręki był dwa razy większy niż powinien. Pędem pobiegłam do pediatry (na szczęście nasza lekarka ma praktykę 100 metrów dalej) mając nadzieję, że na miejscu pomorze mi ortopeda (w tym samym budynku). Małż mój dziś auto zabrał i był niemal 300 km dalej, więc na samą myśl o tym, że musiałabym jechać do szpitala, przechodziły mnie ciarki. Toż to grubo ponad 10 km, a to nie Polska że autobusy co chwilę jeżdżą.  Na szczęście pani doktor zadzwoniła do koleżanki piętro niżej i ta po godzinie nas przyjęła. Cóż, kolejka przed nami była spora. Młodemu od ręki zrobiono prześwietlenie i po sesji foto siedzieliśmy w poczekalni oczekując na wizytę. Na całe szczęście skończyło się tylko uszkodzeniem torebki stawowej i niewielkim pęknięciem kości małego palca. Szyna założona (metalowa drabinka ubrana w miękki materacyk) i następne dwa tygodnie mamy z głowy. Żadnych basenów, żadnych szaleństw. Teoretycznie, jeżeli palec nie będzie bolał, za 10 dni można będzie ściągnąć szynę i posiłkować się samym bandażem. Niestety i to za bardzo mnie nie pociesza, bo po 14 dniach pobytu u rodziców pędzimy na kilka dni nad morze.
Chciałam kupić dzieciakom w Polsce nowe hulajnogi, bo domowe sprzęty zajechane na całego, a teraz jakoś czarno to widzę. Przecież nie kupię i nie postawię przed nimi, żeby sobie patrzyli. Milenka mogłaby szaleć, ale Wiktora serce z żalu by bolało, bo on uwielbia szaleć na takim sprzęcie, a z szyną na ręce raczej się nie da. Jestem załamana !!!!! 
Chciałam zabrać młodych do aquaparku, też doopa wielka i blada z tych planów. I jeszcze ciekawa jestem, czy na lotnisku młody za bardzo w bramkach nie będzie piszczał przez metalowe dziadostwo pod bandażem. Nie zdziwię się, jak będę musiała wszystko odwijać, bo oni przewrażliwieni są. Raz młody zabrał swój iskrzący samochodzik do bagażu podręcznego i musiałam jak terrorysta pod obstawą iść do tajemniczego zakątka, żeby pan mundurowy przebadał walizkę dziecka na obecność materiałów wybuchowych.

Ale dosyć marudzenia, przejdźmy do konkretów, czyli Danutkowej zabawy kolorami. Jak to zwykle bywa przy tego typu zabawach, praca nie może być nigdzie wcześniej publikowana. Moja powstała jakiś czas temu, ale poza domownikami nikt jej nie widział, uznałam więc, że mogę się nią pochwalić przed światem. W naszym domku wisi kilka moich obrazów z czasów, kiedy jeszcze bawiłam się pędzlem, jest też i kilka szkiców. Mistrzem nie jestem, w technice ołówka jestem na poziomie kilkulatka, ale co tam. Grunt, że kolorystyka odpowiednia. 
Konia pociągnęłam czarną kredką ołówkową, żeby zatrzeć szary ołówkowy kolor i nadać mu wymagane czarne i białe barwy.
Mam nadzieję, że przejdzie :) Nie mogłam się zdecydować, więc fotek jest kilka. A koń jaki jest, każdy widzi. 



                Tutaj nawet widać mój odręczny podpis :)



Na koniec konik nieco ożywiony kolorkami w programie, żeby tak całkiem czarno biało nie było.



Jabłko od gruszki daleko nie spada, więc u mnie do konika banerek z zebrami :)  O ile zagląda do mnie ktoś, kto jeszcze z Danutką się nie bawi w cykliczne kolorki, zapraszam TUTAJ


Na koniec słów kilka o kolorze czarnym. Osobiście bardzo go lubię, niemal 50 % mojej garderoby stanowią czarne klamoty. Kilka małych czarnych w szafie też się znajdzie, choć po pierwszej ciąży sporo przytyłam, po drugiej trochę też, ale sentyment mam, bo najważniejszą sukienkę mam ze ślubu moich rodziców, która jest tak piękna, że aż zawsze modna. Buty też jakieś czarne się znajdą, choć te zdecydowanie wolę w kolorach i to różnych. Namiętnie je kupuję, choć kilku par nawet nie ubrałam. Ostatnimi czasy biegam w XXL, hihi, więc czarny jak najbardziej wskazany, niekoniecznie jednak na obecnie panujące tropikalne upały. W okresie buntu młodzieńczego nosiłam się wyłącznie na czarno, choć był też i okres pasiaków. Ale czarne martensy towarzyszyły mi zawsze. Telewizor też mam czarny, hihi. Odkurzacz czarny miałam, ale się zepsuł, więc mam granatowy, buahaha. Mam czarne dywaniki w aucie :) Czarne myśli też mi się zdarzają, ale czarny kot przynosi mi szczęście. No nie ma wyjścia, bo jak to ja bym jemu przebiegła drogę, miałby pecha, hihi, bo tak głupio się skłąda, że włosy mam też niemal czarne, choć siwych sporo wylazło :) buahaha. Do tego właśnie jest czarna noc, a ja czekam aż wybije północ, żeby wpakować się na początek żabiej kolejki pierwszego sierpnia, hihi. Co prawda w nocy jeść się nie powinno, ale żaba może od tego nie zdechnie, jak jej coś na język wrzucę w środku nocy :) W najgorszym wypadku przytyje i tak jak ja, w małą czarną się nie zmieści :)

Dobra, wiem, tak długiego posta jeszcze u mnie chyba nie było, ale skoro Danutka może takie eseje pisać, to ja też. A co, w końcu ja taki samo wredna małpa jestem :)

A teraz droga zaglądaczko, miły zaglądaczu, wróć do początku posta i przeczytaj go w całości, bo założę się, że przeczytałaś/eś tylko pierwszy i ostatni akapit.

A teraz pytanie do Was
Czy ja aby na pewno jestem normalna ???
Dla własnego dobra lepiej nie odpowiadajcie :)

Minuta po północy, post do publikacji :)

wtorek, 29 lipca 2014

Co by w doopkę miękko było...

Urlop już tuż tuż :) Skończyłam poduszki na taborety kuchenne, które obiecałam mojej mamie jakiś (długi) czas temu. Nitki nie są jeszcze schowane, bo jakoś tak wcale nie mam przekonania do koloru tła. Niestety ani kremowego, ani beżowego materiału nie znalazłam, więc musiałam poradzić sobie z takim. Ostateczną decyzję podejmiemy wspólnie z mamcią, kiedy już przymierzymy poduchy w kuchni i upewnimy się, czy kolor pasuje do wnętrza. Poduszki zrobione są na gąbce grubości 4 cm,obszytej dookoła żeby zaokrąglić brzegi. Pierwszą poduszkę zrobiłam z bocznymi ściankami, ale wydawała się zbyt wysoka. Jako że taborety u rodziców są masywne, robione na zamówienie, więc wysoka poducha raczej tak nie bardzo pasuje. 
Przekątne w poduchach są prosto, ale że zdjęcie robione pod kątem, to efekt fali wyszedł :)






Poduchom towarzyszy sowa pocieszajka, wykonana już jakiś czas temu. Żeby nie była taka zupełnie oklepana, pomieszałam nieco kolorystykę minionka i zrobiłam komiczną minionkową sowę.  Tym sposobem uzyskałam, mam nadzieję, jedyny i niepowtarzalny okaz. Wypełnienie dziwoląga  to również gąbka, więc na upartego można z takim stworem wskoczyć do wanny i nawet poprosić o umycie pleców. 










 schemat poduszki


To już zdecydowanie ostatni post przez urlopem. W poniedziałek wielka podróż, na tę okazję poszłam więc do fryzjera coby nieco upodobnić się do ludzia. Wpadłam na moje nieszczęście do salonu, do którego zraziłam się 6 lat temu. Niestety mój dotychczasowy choć sporadycznie odwiedzany salonik splajtował, musiałam więc udać się do tego pi pi pi..... nie napiszę
W każdym razie mój małż od wczoraj mówi na mnie Maciek. 
Tak pani ciachała z tyłu, myślałam że mnie rozumie, w końcu tłumaczyłam jak fryzjerka fryzjerce, ale jednak pani po niemiecku sper.... pipipi  mi fryzurę totalnie. Przynajmniej teraz nie będzie mi gorąco, bo włosów na głowie prawie nie ma.  Do tego jak to ja, proszę panią o nożyczki, bo od zawsze przód ścinam sobie sama i nigdy problemu z tym nie miałam w żadnym zakładzie, a tu pani z gębą na mnie, że ona sobie te nożyczki za 500 euro kupiła i nie da. Podziękowałam więc mówiąc, że ten przód to ja sobie w domu swoimi nożyczkami zetnę, bo też takowe fryzjerskie posiadam, choć za nieco mniej eurów :)  Ceny za usługę nawet nie podam, bo aż mi się słabo na samą myśl robi. 
Teraz mam siadniętą psychę, bo jak mnie ludziska w Pl zobaczą, to pomyślą że jakąś płeć za tą zagramanicą zmieniłam.
W każdym razie, hmmm... Maciek jestem, heh
Pozdrawiam Was ciepluchno jak zawsze

MACIEK  :)


środa, 23 lipca 2014

W starym różu

Na dzień dobry  bardzo dziękuję Wam za przemiłe komentarze pod poprzednim postem. Tak wielu komentarzy w jednym miejscu chyba jeszcze u mnie nie było. Cieszę się, że moje różane drzewka przypadły Wam do gustu. 

W końcu skleciłam ostatnie drzewko. Długo to trwało, ale średnio robiłam pięć kwiatków dziennie :) Tempo wręcz zabójcze, hihi. Cóż..... brak czasu, upały, do tego chwila nieuwagi i poparzone palce klejem na gorąco. Oby tylko chodzenie z kieliszkiem zimniej wody z wciśniętym w niego palcem nie weszło mi w krew. 
Ostatnie drzewko jak w tytule napisano, jest w kolorze starego różu, zwanym przez niektórych również brudnym. Oczywiście doniczka recyklingowa w postaci kubka (tym razem z Mc Flurry) i doniczki jednorazowej oklejonej papierowym ręcznikiem. Wypełnienie standardowo gips i dodatki identyczne jak w poprzednich drzewkach.
Drzewka przygotowane, częściowo zapakowane, teraz możemy już spokojnie iść na zakończenie żłobka. 
Póżniej wakacje i długo wyczekiwana wizyta w Polsce u rodziców i nad pięknym polskim morzem w Pobierowie. Yuppi !!!!! Tak tak, niestety znów Was na trochę opuszczę. Ale nie ma się co przejmować, po urlopie zaczniemy pomału sezon dekoracji jesiennych :) To oczywiście oznacza, że będzie pięknie i kolorowo.
Do dnia wyjazdu (a to już 4 sierpnia) Pojawi się jeszcze jeden post, tym razem w pełni szydełkowy.



Drzewko stoi trochę krzywo, ale nie chciało mi się powtarzać zdjęcia :)


Tak się mają wszystkie drzewka w celofanowych opakowaniach


Jeszcze kilka zbliżeń




Temat drzewek uważam za zamknięty. Ufff....
Tym miłym akcentem kończę i zmykam pakować kostiumy kąpielowe. Dziś upałów ciąg dalszy, więc idziemy trochę zmoczyć tyłeczki.

czwartek, 17 lipca 2014

różane drzewka

Witajcie ludziska !!!! Dawno mnie tu nie było, blog zaczął się już chyba kurzyć, hihi.
Upały ostatnio mi doskwierają, padam na twarz. Lubię lato, ale niekoniecznie tak wysokie temperatury. Tym bardziej, że salon mam z oknami na stronie południowej i ciężko tutaj o jakiś porządny ruch powietrza. Nie wspominam już nawet o tym, że wychodząc na balkon muszę założyć kapcie, bo potwornie parzy w stopy. Na murze jajecznicę można smażyć w tempie ekspresowym.

Wielkimi krokami zbliżają się wakacje. U nas wypada to od 31 lipca, więc działam co nieco w temacie upominków dla pań ze żłobka córci. Tak szybko czas leci, że kończy się etap żłobka, po wakacjach zaczynamy już przedszkole. Na całe wątpliwe szczęście Milenka będzie chodziła do grupy ze swoim starszym bratem. Ciekawa jestem jak będą wyglądały popołudnia w domu. Do tej pory dzieciaki stęsknione za sobą po całym dniu, bawiły się razem bardzo chętnie popołudniami. Teraz, kiedy będą ze sobą siedem godzin w przedszkolu, mogą już nie chcieć się tak dogadywać w domu jak do tej pory. Cóż. Pażywiom, uwidim.
Wracając do tematu pożegnania i upominków..... Początkowo miały być zawieszki serduszka z haftem i filcowymi kwiatuszkami, jednak po uszyciu pierwszego serducha zmieniłam zdanie. Od dawna przecież wiadomo, że kobieta zmienną jest, a ja baba z krwi i kości przecież. Tak więc padło na różane drzewka z krepiny. Jako że krepiny i styropianowych kul różnego kalibru mam w domu całą masę, nie musiałam na szybkiego wiele inwestować. Kilka lasek kleju i gips nie kosztowała wiele, a cała reszta dodatków była na stanie w domu. Dziś musiałam niestety zainwestować w nowy pistolet, bo poprzedni odmówił mi już współpracy. To też było do przewidzenia, bo niedawno upłynął dwuletni okres gwarancji. 
Tym sposobem na dzień dzisiejszy trzy drzewka są ukończone, muszę sklecić jeszcze jedno, bo niedawno do grona opiekunek doszła jeszcze jedna pani i niestety nie mogę jej pominąć, mimo iż moim dzieckiem zajmowała się właściwie kilkanaście dni.
A drzewka jak drzewka..... prezentują się następująco.


Doniczki to naturalnie recykling. Skład doniczki czerwonego drzewka to jednorazowy plastikowy duży kubek, plastikowa zwykła doniczka, ręcznik papierowy i kawałek włóczki. Pozostałe dwie to kubki po kefirze i gazetowe rurki, z dodatkiem plasterków korka, które sąsiadka grzecznie dla mnie zbiera.W środku doniczek oczywiście gips, do tego kamyczki i zielone coś ala mech ze sklepu kreatywnego.








Z racji mocno rzucającego się koloru różowego szczególnie w jednym drzewku, pracę tą zgłaszam do Danutki na cykliczne kolorki.




Dziękuję Wam, że mimo mojej ostatnio znikomej aktywności blogowej, jeszcze do mnie zaglądacie.
Nawet przybyła mi nowa obserwatorka :) Witam w moich skromnych progach !!! 

Buziam Was słodziaśnie !!!!



wtorek, 1 lipca 2014

sesyjne kubraczki

Oj, zaniedbałam bloga, zaniedbałam Was, w ogóle jakoś wszystko zaniedbywam ostatnio.
Czasu brak, chęci brak, weny brak... A jednak coś robić trzeba. Ostatnio produkuję kompleciki, pomalutku, małymi kroczkami, ale powstawać muszą :)
Fotunie poniżej się  ładują, a ja zmykam spać, bo jutro znów pracowity niemiecki dzionek.
Pozdrawiam Was cieplusio