Obiecałam, że w kolejnym poście pojawią się schematy, więc wywiązuję się grzecznie ze swej obietnicy. Zanim jednak przejdę do konkretów, zaprezentuję Wam nowe bombki, które oczywiście powstały z mojej fantazji.
Prototyp bombki z kwiatkami powstał wcześniej, prezentowany był już w poprzednim poście, jednak jako że efekt nie zadowalał mnie do końca, postanowiłam nieco zmodyfikować główny element motywu, czyli kwiatek. Bombkę można wykonać w różnych wielkościach, co nie zależy tylko od użytego szydełka czy kordonka, ale przede wszystkim od ilości oczek przerobionych w obwodzie (o tym przy okazji schematu). Wielkość zależna jest również do tego, czy bombkę będziemy namaczać w usztywniaczu przed, czy po nadmuchaniu balonika. Nasączony kordonek nie jest tak rozciągliwy jak suchy, więc bombka w efekcie będzie mniejsza. Przekonałam się o tym mocno podczas pracy z widoczną na fotce poniżej bombką z szarym kwiatkiem. Fakt, wykonana jest ona z czterech elementów głównych, ale zapewniam, że podczas przymiarki była większa niż po moczeniu. Bombka w kwiatkami czerwonymi składa się z pięciu elementów i naturalnie obróbka gotowych kwadratów jest nieco inna. Jeżeli chcecie zróżnicować nieco wielkości bombek, wystarczy jedne moczyć przed, a inne po nadmuchaniu balonika. W tym przypadku trzeba się liczyć, że będą widoczne ślady kleju, cukru, czy krochmalu (zależy kto czego używa), jednak bardzo łatwo usunąć nadmiar szczoteczką do zębów po dokładnym wyschnięciu. Po namaczaniu dziergadła pamiętać należy o dokładnym odsączeniu nadmiaru usztywniacza przy pomocy ręcznika papierowego. Ja używam Vikolu z wodą w proporcji 1:1.
Mam nadzieję, że to, co nabazgrałam jest dla Was zrozumiałe.
Rzeczone bombeczki prezentują się następująco :)
Większość moich tworów powstaje z kordonka Maxi, dziergadła w kolorze ecru to kordonek Bellalana. Szydełko 1,5.
Schematu na bombkę ecru nie rozpisywałam, bo jeszcze do końca nie jestem do niego przekonana. Muszę dokonać pewnych zmian w obróbce motywu głównego.
Schemat bombki z kwiatkiem prezentuje się jak widać na załączonym poniżej obrazku :)
Motyw główny, czyli kwadracik
i ciąg dalszy, czyli jak zmajstrować bombkę.
Mniejszą bombkę robimy a czterech elementów, jak na poniższym schemacie. Przepraszam za jakość zdjęcia, niestety wyszło jak wyszło.
I jeszcze widok z innej perspektywy.
Jak wspomniałam powyżej, prototyp bombki powstał wcześniej. To właśnie biała bombeczka obok dzwonka.
Jeżeli ktoś byłby chętny na taką formę wykonania, schemacik elementu prezentuję poniżej. Ten akurat nie jest moim pomysłem, a elementem , który niegdyś wynalazłam w sieci. Pominęłam ostatni rząd, czyli półsłupki.
Teraz już schematy na moje dzwoneczki. Na pierwszy rzut dzwonki z kwiatkiem.
Machnęłam się w rysowaniu, więc proszę zwrócić uwagę, że między 9 a 10 rzędem znajduje się rządek półsłupków wykonanych w kolorze kontrastowym ( u mnie biały i ecru). W sumie w kolorze kontrastowym robimy rząd ps i następujący po nim rząd słupków. Rząd ostatni również jest w innym kolorze. Jak zapewne zauważyłyście (zauważyliście, może jakiś pan też zerka) wykończenie moich dzwonków nieco się różni, jednak zdecydowanie ładniej wygląda wykończenie czerwonego, więc ten umieściłam na schemacie.
Oczywiście gapa jestem i schematu na kwiatek nie rysowałam, ale tutaj już pełna dowolność. Na pewno macie w swoich zasobach jakiś kwiatkowy schemacik. Jeżeli nie i jest zapotrzebowanie, to narysuję schemat na zamóienie :)
Kolejne dzwoneczki
i schemacik
Fotkę powtarzam, ponieważ kolejny schemat dotyczy poniższego dzwonka.
I jeszcze jeden dzwoneczek
plus schemacik
Pośród moich poprzednich bombek pojawiły się i takie, na które schematy można znaleźć w sieci. Jak na razie skorzystałam ze schematu na bombkę nr 2 i nr 5.
Poniżej jeszcze schemacik, z którego korzystałam do zrobienia bombki ecru, która na zdjęciu powyżej jest w prawym górnym rogu :)
Pozostałe dwie bombki z powyższego zdjęcie robione były również eksperymentalnie, ale oczywiście nie rysowałam schematu :) Kto wie, może się jeszcze szarpnę :)
Schematów na swoje śnieżynki również nie rysowałam, więc dzielę się z Wami gotowymi schematami śnieżynek i gwiazdek, jakie gdzieś tam się plączą w moich skromnych zbiorach, a z których też zdarzyło mi się co nieco podglądnąć.
Jeżeli pokusicie się o wykonanie jakiegoś tworu z moich autorskich schematów i zechcecie prezentować je na swoim blogu, podajcie proszę link do mnie i zaznaczcie skąd pochodzi schemat.
Życzę Wam miłego i pogodnego weekendu, buziam cieplusio i zmykam dalej eksperymentować z szydełkiem.
Wszystkie zdjęcia na tym blogu są mojego autorstwa, nie zezwalam na ich kopiowanie, umieszczanie na innych blogach czy gdziekolwiek bez mojej wiedzy . Nie kradnę i nie chciałabym być okradana. Jeżeli wzoruję się na pracy innej osoby, poinformuję osobę zainteresowana i oznaczę ją pod zdjęciem.
sobota, 11 października 2014
czwartek, 9 października 2014
Anielsko, bombkowo..... jednym słowem szydełkowo
Guten Tag !!!
Na wielu blogach pojawiają się już od jakiegoś czasu ozdoby bożonarodzeniowe, więc i ja dziś występuję na świątecznie. Każdy z nas wie, że jeżeli chce się sprzedać wyroby okazjonalne, stricte świąteczne, to produkcję takich drobiazgów trzeba rozpocząć odpowiednio wcześnie. Nic nie powstaje przecież w pięć minut, tym bardziej, jeżeli tych dzieł musi powstać sporo. U mnie też ruszyła produkcje bardziej świąteczna, a to z racji przede wszystkim tego, że przymierzam się do wystawienia swoich tworów na regałach w pewnym miejscu, o którym oficjalnie wspominać nie mogę. Oczywiście nie tylko świąteczne drobiazgi zajmują moje ręce, powstają także inne twory, na których prezentację również przyjdzie pora.
Niespecjalnie lubię korzystać z gotowych wzorów, więc poza dwiema bombkami i chyba dwoma wzorami śnieżynek, prace wykonane są we współpracy z moją fantazją i zamiłowaniem do eksperymentów i kombinacji składających się z dziergania i prucia :) Nie sztuką jest przecież zerkać na schemat i odwzorowywać toczka w toczkę to, co ktoś już przed nami wymyślił.
Zdjęć jest sporo, bo i tworów nie jest mało :)
W kolejnym poście zamieszczę schematy dzwonków i bombek, które uparcie rozrysowuję po kilka razy i wciąż gdzieś się mylę. Tak już u mnie jest, że najpierw coś zrobię, a dopiero później rozgryzam co i jak było robione. Muszę się w końcu nauczyć rysować schematy z każdym kolejnym krokiem powstawania dziergadła.
Zapraszam do oglądania i komentowania, ja tymczasem zmykam do obowiązków domowych, bo sterta ubrań do prasowania rośnie, a w szafach pomału zaczyna hulać wiatr. Czas uzupełnić szmatki na półkach, bo coraz zimniej się robi i więcej trzeba na siebie zakładać :)
ANIOŁKI
Oczywiście robione w całości z głowy. Z wyjątkiem niebieskiego, którego włosy robione są z włóczki, anielskie fryzury zrobione są z wełny czesankowej.
Anioł upadły, czyli dziewczynka bez skrzydełek :)
Anielica romantyczna
Wcięło mi fotkę małego aniołka z przodu,
niestety lenistwo wzięło górę
i musicie się zadowolić aniołkiem na fotce ogólnej :)
Anielica z bukietem
Muzykalnie na Hipisa :)
Tragizm polega na tym, że jako osoba grająca na gitarze i oglądająca instrument każdego dnia, zrobiłam gitarę odwrotnie, wstawiając otwór w przeciwnej części pudła rezonansowego. Czasem zaćmiewa mi umysł jak widać :)
Ręce ufilcowane na mokro z czesanki
Bombki
Dzwoneczki
śnieżynki
sobota, 4 października 2014
Na nową drogę ...
Dziś weselicho syna szwagierki, na które z różnych powodów nie mogliśmy się wybrać. Szkoda, bo bym potańczyła, uwielbiam wesela. Tak mi się jakaś polka marzyła, a tu trzeba w domu na czterech literach siedzieć. Aj, człowiek to nawet pohulać porządnie nie może.
Oczywiście nie mogło się obejść bez jakiegoś drobnego upominku dla młodych, żeby wiedzieli, iż mimo naszej cielesnej nieobecności, sercem jesteśmy z nimi w tej chwili. Karteczka książeczka powstała już jakiś czas temu, nie przedstawiałam jej jednak do teraz, kiedy już wiem, że przesyłka dotarła do adresatów.
Nie jest to jednak do końca to, co planowałam. Wewnątrz książeczki miała się znaleźć druga, malutka, w której zawarte miały być instrukcje obsługi żony i męża, karty gwarancyjne, podanie o wyjście na piwo i rozweselnik małżeński z wesołymi cytatami i aforyzmami. Niestety, nasza drukarka zaczęła właśnie wyciągać nóżki, cudem udało mi się wydrukować życzenia i znany każdemu fragment listu św. Pawła o miłości. Jakość wydruku pozostawia wiele do życzenia, niestety innej opcji nie miałam.
Kurs na wykonanie takiej książeczki znajdziecie na stronie wycinanki. Papiery jak zawsze z Galerii Papieru, najbardziej przeważa kolekcja fioletowe fiołki.
Kwiatki zrobiłam standardowo z fotopapieru 270 g, czyli namęczyłam się długo przy gięciu każdego płatka, bo mimo iż wilgotny, papier tej grubości daje się odczuć w czasie pracy.
Imiona drewniane zakupiłam jeszcze nad morzem, zapomniałam niestety nazwy producenta. Wiem na pewno, że firma jest ze Szczecina. Ornament na grzbiecie książki prawdopodobnie z wycynanki. Pewna nie jestem, bo kupowałam sporo z różnych źródeł jakiś czas temu, więc mogłam coś pomieszać.
Fotek jest dużo, bo jakoś nie mogłam się zdecydować, które wstawić, a które sobie darować. Miłego oglądania :)

Dziękuję Wam bardzo za każdy miły komentarz, jaki u mnie zostawiacie. Każdy wie, jak ważne są takie gesty dla życia i funkcjonowania w blogowym świecie :)
Buśśśśśka
Marta
Oczywiście nie mogło się obejść bez jakiegoś drobnego upominku dla młodych, żeby wiedzieli, iż mimo naszej cielesnej nieobecności, sercem jesteśmy z nimi w tej chwili. Karteczka książeczka powstała już jakiś czas temu, nie przedstawiałam jej jednak do teraz, kiedy już wiem, że przesyłka dotarła do adresatów.
Nie jest to jednak do końca to, co planowałam. Wewnątrz książeczki miała się znaleźć druga, malutka, w której zawarte miały być instrukcje obsługi żony i męża, karty gwarancyjne, podanie o wyjście na piwo i rozweselnik małżeński z wesołymi cytatami i aforyzmami. Niestety, nasza drukarka zaczęła właśnie wyciągać nóżki, cudem udało mi się wydrukować życzenia i znany każdemu fragment listu św. Pawła o miłości. Jakość wydruku pozostawia wiele do życzenia, niestety innej opcji nie miałam.
Kurs na wykonanie takiej książeczki znajdziecie na stronie wycinanki. Papiery jak zawsze z Galerii Papieru, najbardziej przeważa kolekcja fioletowe fiołki.
Kwiatki zrobiłam standardowo z fotopapieru 270 g, czyli namęczyłam się długo przy gięciu każdego płatka, bo mimo iż wilgotny, papier tej grubości daje się odczuć w czasie pracy.
Imiona drewniane zakupiłam jeszcze nad morzem, zapomniałam niestety nazwy producenta. Wiem na pewno, że firma jest ze Szczecina. Ornament na grzbiecie książki prawdopodobnie z wycynanki. Pewna nie jestem, bo kupowałam sporo z różnych źródeł jakiś czas temu, więc mogłam coś pomieszać.
Fotek jest dużo, bo jakoś nie mogłam się zdecydować, które wstawić, a które sobie darować. Miłego oglądania :)
Dziękuję Wam bardzo za każdy miły komentarz, jaki u mnie zostawiacie. Każdy wie, jak ważne są takie gesty dla życia i funkcjonowania w blogowym świecie :)
Buśśśśśka
Marta
wtorek, 30 września 2014
Dziewczyny lubią brąz
Dzień dobry szanownym koleżankom i wszystkim zaglądającym nieznajomym. Właściwie nie wiem czy już dzień, czy może jeszcze noc, bo ciemno wszędzie, na zegarze nie ma nawet piątej, a ja cierpię dziś na bezsenność.
Od czwartej jestem na nogach, bo choróbsko spać nie daje. Jestem już po śniadanku i porcji leków przeciwbólowych, więc kolejny dzień zaliczam do tych, przechodzących małymi krokami do historii.
Nie było mnie tutaj już parę długich dni, a to za sprawą okropnego przeziębienia jakie mnie dopadło. Nie mogłam na niczym się skoncentrować, otaczały mnie wyłącznie stosy chusteczek higienicznych. A wszystko zaczęło się od wizyty u dentysty, u którego zmarzłam jak cholerka przy włączonej klimatyzacji. Nawet nie miałam jak się odezwać, że mi zimno, bo przecież gębę miałam rozdziabioną na całą szerokość przez dłuższy czas.
Kiedy już w niedzielę wydawało się, że jest całkiem dobrze, w nocy choroba rozhuśtała się na dobre. Przekonałam się na samej sobie, jak wielkie potrafią urosnąć migdały i jakie problemy mogą zrobić ze zwykłego przełykania wody, o jedzeniu nie wspominając. Angina na całego. Wyglądam jakbym miała świnkę, bo lewa strona szyi zrównała się z całą szczęką. Ból głowy, do którego jestem od lat przyzwyczajona za sprawą mojej nietypowej ostrej migreny, stał się tak fatalny, że odnoszę wrażenie, jakby mój mózg ważył tonę, do tego ktoś przyłożył mi pałą w kark. Do tego wszystkiego dołączamy cholernie bolące zapalenie uszu i jest powód do narzekania na wszystko. Cały poniedziałek przeleżałam w łóżku, nawet nie udało mi się wstać, żeby ugotować obiad. Skończyło się na wieczornej wizycie u lekarza i mocnym antybiotyku.
Mam nadzieję, że teraz zacznie mi się poprawiać, w przeciwnym razie oszaleję, a w raz ze mną wszyscy domownicy.
Ponarzekałam trochę, teraz mogę przejść do prezentacji dzieła, które powstało już jakiś czas temu, dokładniej mówiąc jeszcze przez odnowieniem mojego starego chlebaka KLIK, jednak z pewnych przyczyn nie było wcześniej pokazywane światu.
Z wizyty w Polsce przywiozłam sobie trochę różnych drewienek do zdeQpnięcia :) więc co nieco też powstać z nich musi. Na pierwszy, że tak powiem rzut poszła herbaciarka, która z herbatą wspólnego ma niewiele. Nie dość, że na wieczku przeciwnik zostaje absolutnie zmylony za sprawą papieru ryżowego w temacie czekoladowym, to po otwarciu znajduje coś, czego raczej się nie spodziewa.
W pudełeczku znajdują się nitki itp pierdoły.
Skrzyneczka pomalowana jest farbą akrylową w kolorze czekoladowego brązu, żeby i odcień pasował do tematu zastosowanej grafiki. Wieczko beżowe lekko nakrapiane i przetarte, wewnątrz ozdobione małą szydełkową serwetką umocowaną na pomalowanej, papierowej podkładce żywca. Całość oczywiście zabezpieczona lakierem w sprayu.
Mam nadzieję, że taka propozycja anty herbaciarki przypadnie Wam do gustu i będzie dla Was interesującym źródłem twórczych inspiracji.
Tymczasem ja zmykam co nieco podziałać w domku, bo głowa chwilowo przestała mnie boleć i jest nadzieja na wykonanie choć małego ułamka domowych obowiązków, które w ostatnim czasie zeszły na ostatni plan.
Od czwartej jestem na nogach, bo choróbsko spać nie daje. Jestem już po śniadanku i porcji leków przeciwbólowych, więc kolejny dzień zaliczam do tych, przechodzących małymi krokami do historii.
Nie było mnie tutaj już parę długich dni, a to za sprawą okropnego przeziębienia jakie mnie dopadło. Nie mogłam na niczym się skoncentrować, otaczały mnie wyłącznie stosy chusteczek higienicznych. A wszystko zaczęło się od wizyty u dentysty, u którego zmarzłam jak cholerka przy włączonej klimatyzacji. Nawet nie miałam jak się odezwać, że mi zimno, bo przecież gębę miałam rozdziabioną na całą szerokość przez dłuższy czas.
Kiedy już w niedzielę wydawało się, że jest całkiem dobrze, w nocy choroba rozhuśtała się na dobre. Przekonałam się na samej sobie, jak wielkie potrafią urosnąć migdały i jakie problemy mogą zrobić ze zwykłego przełykania wody, o jedzeniu nie wspominając. Angina na całego. Wyglądam jakbym miała świnkę, bo lewa strona szyi zrównała się z całą szczęką. Ból głowy, do którego jestem od lat przyzwyczajona za sprawą mojej nietypowej ostrej migreny, stał się tak fatalny, że odnoszę wrażenie, jakby mój mózg ważył tonę, do tego ktoś przyłożył mi pałą w kark. Do tego wszystkiego dołączamy cholernie bolące zapalenie uszu i jest powód do narzekania na wszystko. Cały poniedziałek przeleżałam w łóżku, nawet nie udało mi się wstać, żeby ugotować obiad. Skończyło się na wieczornej wizycie u lekarza i mocnym antybiotyku.
Mam nadzieję, że teraz zacznie mi się poprawiać, w przeciwnym razie oszaleję, a w raz ze mną wszyscy domownicy.
Ponarzekałam trochę, teraz mogę przejść do prezentacji dzieła, które powstało już jakiś czas temu, dokładniej mówiąc jeszcze przez odnowieniem mojego starego chlebaka KLIK, jednak z pewnych przyczyn nie było wcześniej pokazywane światu.
Z wizyty w Polsce przywiozłam sobie trochę różnych drewienek do zdeQpnięcia :) więc co nieco też powstać z nich musi. Na pierwszy, że tak powiem rzut poszła herbaciarka, która z herbatą wspólnego ma niewiele. Nie dość, że na wieczku przeciwnik zostaje absolutnie zmylony za sprawą papieru ryżowego w temacie czekoladowym, to po otwarciu znajduje coś, czego raczej się nie spodziewa.
Skrzyneczka pomalowana jest farbą akrylową w kolorze czekoladowego brązu, żeby i odcień pasował do tematu zastosowanej grafiki. Wieczko beżowe lekko nakrapiane i przetarte, wewnątrz ozdobione małą szydełkową serwetką umocowaną na pomalowanej, papierowej podkładce żywca. Całość oczywiście zabezpieczona lakierem w sprayu.
Mam nadzieję, że taka propozycja anty herbaciarki przypadnie Wam do gustu i będzie dla Was interesującym źródłem twórczych inspiracji.
Tymczasem ja zmykam co nieco podziałać w domku, bo głowa chwilowo przestała mnie boleć i jest nadzieja na wykonanie choć małego ułamka domowych obowiązków, które w ostatnim czasie zeszły na ostatni plan.
wtorek, 9 września 2014
Kuchenne rewolucje
Musiałabym skłamać mówiąc dzień dobry, bo wcale nie jest dziś tak rewelacyjnie. Pogoda do niczego, a ja przy niej jestem jak wyżuta i wypluta guma. Nawet nie balonowa, bo ta to chociaż kolor jakiś ma, hihi. Ostatnie dni były upalne i słoneczne, człowiekowi chciało się tworzyć i działać w domu, a teraz w jesiennej aurze jakoś mi nie tak.
Kilka dni temu podczas buszowania po sklepach z moim małżem, natknęliśmy się na jakieś chińskie tanie zegarki i doszliśmy do wniosku, że jeden badziew można zakupić i wymienić na jakiś czas zegarek w kuchni. Zawsze to przecież coś nowego, a ja jakoś nie mogę się zabrać za obiecany sobie zegar decoupage. A to serwetki nie takie, a to papier nie ten, a to to, to tamto. Zawsze coś. Byle wymówka dobra, żeby tylko nie zabrać się do pracy. Koniec końców trzeba było coś w kuchni zmienić, bo nic absolutnie nie pasowało do koloru zegara.
Na pierwszy rzut poszedł chlebak i stojak na noże. Zakupiłam odpowiednio dużą farbę w kolorze czekoladowego brązu, bo na jej brak cierpiałam ostatnimi czasy, lakier bezbarwny w sprayu, co by nie machać długo pędzlem i zmajstrowałam to, co widać na poniższych fotkach.
Na chlebaku wylądowała serwetka w kuchennych klimatach, a na stojaku papier ryżowy o ile dobrze pamiętam stamperii.
Moja kuchnia zdecydowanie potrzebowała ciemnych dodatków. Niby nic, a już widać różnicę przekraczając próg pomieszczenia. Na półkach trzeba wymienić koszyki z pistacjowo żółtych na brązowo beżowe, ale rurki wciąż się kręcą :)
Tyle pracy przez zwykły tani zegarek. I zapewne z rozpędu zrobię sobie jakiś nowy zegar, a obecny wyląduje w piwnicy. Nie mówię tak, nie mówię nie, hihi, toż ja w końcu baba z krwi i kości, a z takimi to nigdy nic nie wiadomo.
Poniżej prowodyr moich kuchennych rewolucji.
Połowa z Was z pewnością mnie teraz zlinczuje za zakup chińszczyzny, ale cóż. Człowiek już taki przewrotny jest.
Buziam Was jak zawsze ciepło, serdecznie witam nowe obserwatorki, dziękuję za miłe komentarze pod postem z mało czerwonymi malwami a przede wszystkim za to, że jesteście i do mnie zaglądacie.
Namarudziłam troszkę, teraz idę zerkać na Wasze poczynania na blogach.
Mariwon
Kilka dni temu podczas buszowania po sklepach z moim małżem, natknęliśmy się na jakieś chińskie tanie zegarki i doszliśmy do wniosku, że jeden badziew można zakupić i wymienić na jakiś czas zegarek w kuchni. Zawsze to przecież coś nowego, a ja jakoś nie mogę się zabrać za obiecany sobie zegar decoupage. A to serwetki nie takie, a to papier nie ten, a to to, to tamto. Zawsze coś. Byle wymówka dobra, żeby tylko nie zabrać się do pracy. Koniec końców trzeba było coś w kuchni zmienić, bo nic absolutnie nie pasowało do koloru zegara.
Na pierwszy rzut poszedł chlebak i stojak na noże. Zakupiłam odpowiednio dużą farbę w kolorze czekoladowego brązu, bo na jej brak cierpiałam ostatnimi czasy, lakier bezbarwny w sprayu, co by nie machać długo pędzlem i zmajstrowałam to, co widać na poniższych fotkach.
Na chlebaku wylądowała serwetka w kuchennych klimatach, a na stojaku papier ryżowy o ile dobrze pamiętam stamperii.
Moja kuchnia zdecydowanie potrzebowała ciemnych dodatków. Niby nic, a już widać różnicę przekraczając próg pomieszczenia. Na półkach trzeba wymienić koszyki z pistacjowo żółtych na brązowo beżowe, ale rurki wciąż się kręcą :)
Tyle pracy przez zwykły tani zegarek. I zapewne z rozpędu zrobię sobie jakiś nowy zegar, a obecny wyląduje w piwnicy. Nie mówię tak, nie mówię nie, hihi, toż ja w końcu baba z krwi i kości, a z takimi to nigdy nic nie wiadomo.
Poniżej prowodyr moich kuchennych rewolucji.
Połowa z Was z pewnością mnie teraz zlinczuje za zakup chińszczyzny, ale cóż. Człowiek już taki przewrotny jest.
Buziam Was jak zawsze ciepło, serdecznie witam nowe obserwatorki, dziękuję za miłe komentarze pod postem z mało czerwonymi malwami a przede wszystkim za to, że jesteście i do mnie zaglądacie.
Namarudziłam troszkę, teraz idę zerkać na Wasze poczynania na blogach.
Mariwon
Subskrybuj:
Posty (Atom)








