Wszystkie zdjęcia na tym blogu są mojego autorstwa, nie zezwalam na ich kopiowanie, umieszczanie na innych blogach czy gdziekolwiek bez mojej wiedzy . Nie kradnę i nie chciałabym być okradana. Jeżeli wzoruję się na pracy innej osoby, poinformuję osobę zainteresowana i oznaczę ją pod zdjęciem.

czwartek, 9 października 2014

Anielsko, bombkowo..... jednym słowem szydełkowo



Guten Tag !!!

Na wielu blogach pojawiają się już od jakiegoś czasu ozdoby bożonarodzeniowe, więc i ja dziś występuję na świątecznie. Każdy z nas wie, że jeżeli chce się sprzedać wyroby okazjonalne, stricte świąteczne, to produkcję takich drobiazgów trzeba rozpocząć odpowiednio wcześnie. Nic nie powstaje przecież w pięć minut, tym bardziej, jeżeli tych dzieł musi powstać sporo. U mnie też ruszyła produkcje bardziej świąteczna, a to z racji przede wszystkim tego, że przymierzam się do wystawienia swoich tworów na regałach w pewnym miejscu, o którym oficjalnie wspominać nie mogę. Oczywiście nie tylko świąteczne drobiazgi zajmują moje ręce, powstają także inne twory, na których prezentację również przyjdzie pora.

Niespecjalnie lubię korzystać z gotowych wzorów, więc poza dwiema bombkami i chyba dwoma wzorami śnieżynek, prace wykonane są we współpracy z moją fantazją i zamiłowaniem do eksperymentów i kombinacji składających się z dziergania i prucia :) Nie sztuką jest przecież zerkać na schemat i odwzorowywać toczka w toczkę to, co ktoś już przed nami wymyślił. 

Zdjęć jest sporo, bo i tworów nie jest mało :) 

W kolejnym poście zamieszczę schematy dzwonków i bombek, które uparcie rozrysowuję po kilka razy i wciąż gdzieś się mylę. Tak już u mnie jest, że najpierw coś zrobię, a dopiero później rozgryzam co i jak było robione. Muszę się w końcu nauczyć rysować schematy z każdym kolejnym krokiem powstawania dziergadła.
Zapraszam do oglądania i komentowania, ja tymczasem zmykam do obowiązków domowych, bo sterta ubrań do prasowania rośnie, a w szafach pomału zaczyna hulać wiatr. Czas uzupełnić szmatki na półkach, bo coraz zimniej się robi i więcej trzeba na siebie zakładać :) 



ANIOŁKI

Oczywiście robione w całości z głowy. Z wyjątkiem niebieskiego, którego włosy robione są z włóczki,  anielskie fryzury zrobione są z wełny czesankowej.




Anioł upadły, czyli dziewczynka bez skrzydełek :)



Anielica romantyczna


 Wcięło mi fotkę małego aniołka z przodu, 
niestety lenistwo wzięło górę
 i musicie się zadowolić aniołkiem na fotce ogólnej :)



 Anielica z bukietem







 Muzykalnie na Hipisa :)
 Tragizm polega na tym, że jako osoba grająca na gitarze i oglądająca instrument każdego dnia, zrobiłam gitarę odwrotnie, wstawiając otwór w przeciwnej części pudła rezonansowego. Czasem zaćmiewa mi umysł jak widać :)
Ręce ufilcowane na mokro z czesanki

























Bombki









Dzwoneczki

























śnieżynki 





sobota, 4 października 2014

Na nową drogę ...

Dziś weselicho syna szwagierki, na które z różnych powodów nie mogliśmy się wybrać. Szkoda, bo bym potańczyła, uwielbiam wesela. Tak mi się jakaś polka marzyła, a tu trzeba w domu na czterech literach siedzieć. Aj, człowiek to nawet pohulać porządnie nie może. 
Oczywiście nie mogło się obejść bez jakiegoś drobnego upominku dla młodych, żeby wiedzieli, iż mimo naszej cielesnej nieobecności, sercem jesteśmy z nimi w tej chwili. Karteczka książeczka powstała już jakiś czas temu, nie przedstawiałam jej jednak do teraz, kiedy już wiem, że przesyłka dotarła do adresatów. 
Nie jest to jednak do końca to, co planowałam. Wewnątrz książeczki miała się znaleźć druga, malutka, w której zawarte miały być instrukcje obsługi żony i męża, karty gwarancyjne, podanie o wyjście na piwo i rozweselnik małżeński z wesołymi cytatami i aforyzmami. Niestety, nasza drukarka zaczęła właśnie wyciągać nóżki, cudem udało mi się wydrukować życzenia i znany każdemu fragment listu św. Pawła o miłości. Jakość wydruku pozostawia wiele do życzenia, niestety innej opcji nie miałam. 
Kurs na wykonanie takiej książeczki znajdziecie na stronie wycinanki. Papiery jak zawsze z Galerii Papieru, najbardziej przeważa kolekcja fioletowe fiołki. 
Kwiatki zrobiłam standardowo z fotopapieru 270 g, czyli namęczyłam się długo przy gięciu każdego płatka, bo mimo iż wilgotny, papier tej grubości daje się odczuć w czasie pracy.
Imiona drewniane zakupiłam jeszcze nad morzem, zapomniałam niestety nazwy producenta. Wiem na pewno, że firma jest ze Szczecina. Ornament na grzbiecie książki prawdopodobnie z wycynanki. Pewna nie jestem, bo kupowałam sporo z różnych źródeł jakiś czas temu, więc mogłam coś pomieszać.
Fotek jest dużo, bo jakoś nie mogłam się zdecydować, które wstawić, a które sobie darować.  Miłego oglądania :)





































Dziękuję Wam bardzo za każdy miły komentarz, jaki u mnie zostawiacie. Każdy wie, jak ważne są takie gesty dla życia i funkcjonowania w blogowym świecie :)

Buśśśśśka

Marta

wtorek, 30 września 2014

Dziewczyny lubią brąz

Dzień dobry szanownym koleżankom i wszystkim zaglądającym nieznajomym. Właściwie nie wiem czy już dzień, czy może jeszcze noc, bo ciemno wszędzie, na zegarze nie ma nawet piątej, a ja cierpię dziś na bezsenność. 
Od czwartej jestem na nogach, bo choróbsko spać nie daje. Jestem już po śniadanku i porcji leków przeciwbólowych, więc kolejny dzień zaliczam do tych, przechodzących małymi krokami do historii.
Nie było mnie tutaj już parę długich dni, a to za sprawą okropnego przeziębienia jakie mnie dopadło. Nie mogłam na niczym się skoncentrować, otaczały mnie wyłącznie stosy chusteczek higienicznych. A wszystko zaczęło się od wizyty u dentysty, u którego zmarzłam jak cholerka przy włączonej klimatyzacji. Nawet nie miałam jak się odezwać, że mi zimno, bo przecież gębę miałam rozdziabioną na całą szerokość przez dłuższy czas. 
Kiedy już w niedzielę wydawało się, że jest całkiem dobrze, w nocy choroba rozhuśtała się na dobre. Przekonałam się na samej sobie, jak wielkie potrafią urosnąć migdały i jakie problemy mogą zrobić ze zwykłego przełykania wody, o jedzeniu nie wspominając. Angina na całego. Wyglądam jakbym miała świnkę, bo lewa strona szyi zrównała się z całą szczęką. Ból głowy, do którego jestem od lat przyzwyczajona za sprawą mojej nietypowej ostrej migreny, stał się tak fatalny, że odnoszę wrażenie, jakby mój mózg ważył tonę, do tego ktoś przyłożył mi pałą w kark. Do tego wszystkiego  dołączamy cholernie bolące  zapalenie uszu i jest powód do narzekania na wszystko. Cały poniedziałek przeleżałam w łóżku, nawet nie udało mi się wstać, żeby ugotować obiad. Skończyło się na wieczornej wizycie u lekarza i mocnym antybiotyku. 
Mam nadzieję, że teraz zacznie mi się poprawiać, w przeciwnym razie oszaleję, a w raz ze mną wszyscy domownicy.

Ponarzekałam trochę, teraz mogę przejść do prezentacji dzieła, które powstało już jakiś czas temu, dokładniej mówiąc jeszcze przez odnowieniem mojego starego chlebaka KLIK, jednak z pewnych przyczyn nie było wcześniej pokazywane światu.  
 Z wizyty w Polsce przywiozłam sobie trochę różnych drewienek do zdeQpnięcia :)  więc co nieco też  powstać z nich musi.  Na pierwszy, że tak powiem rzut poszła herbaciarka, która z herbatą wspólnego ma niewiele. Nie dość, że na wieczku przeciwnik zostaje absolutnie zmylony za sprawą papieru ryżowego w temacie czekoladowym, to po otwarciu znajduje coś, czego raczej się nie spodziewa. 

W pudełeczku znajdują się nitki itp pierdoły. 
Skrzyneczka pomalowana jest farbą akrylową w kolorze czekoladowego brązu, żeby i odcień pasował do tematu zastosowanej grafiki. Wieczko beżowe lekko nakrapiane i przetarte, wewnątrz ozdobione małą szydełkową serwetką umocowaną na pomalowanej, papierowej podkładce żywca.  Całość oczywiście zabezpieczona lakierem w sprayu. 












 









Mam nadzieję, że taka propozycja anty herbaciarki przypadnie Wam do gustu i będzie dla Was interesującym źródłem twórczych inspiracji. 

Tymczasem ja zmykam co nieco podziałać w domku, bo głowa chwilowo przestała mnie boleć i jest nadzieja na wykonanie choć małego ułamka domowych obowiązków, które w ostatnim czasie zeszły na ostatni plan.







wtorek, 9 września 2014

Kuchenne rewolucje

Musiałabym skłamać mówiąc dzień dobry, bo wcale nie jest dziś tak rewelacyjnie. Pogoda do niczego, a ja przy niej jestem jak wyżuta i wypluta guma. Nawet nie balonowa, bo ta to chociaż kolor jakiś ma, hihi. Ostatnie dni były upalne i słoneczne, człowiekowi chciało się tworzyć i działać w domu, a teraz w jesiennej aurze jakoś mi nie tak. 
Kilka dni temu podczas buszowania po sklepach z moim małżem, natknęliśmy się na jakieś chińskie tanie zegarki i doszliśmy do wniosku, że jeden badziew można zakupić i wymienić na jakiś czas zegarek w kuchni. Zawsze to przecież coś nowego, a ja jakoś nie mogę się zabrać za obiecany sobie zegar decoupage. A to serwetki nie takie, a to papier nie ten, a to to, to tamto. Zawsze coś. Byle wymówka dobra, żeby tylko nie zabrać się do pracy. Koniec końców trzeba było coś w kuchni zmienić, bo nic absolutnie nie pasowało do koloru zegara. 
Na pierwszy rzut poszedł chlebak i stojak na noże. Zakupiłam odpowiednio dużą farbę w kolorze  czekoladowego brązu, bo na jej brak cierpiałam ostatnimi czasy, lakier bezbarwny w sprayu, co by nie machać długo pędzlem   i zmajstrowałam to, co widać na poniższych fotkach. 
Na chlebaku wylądowała  serwetka w kuchennych klimatach, a na stojaku papier ryżowy o ile dobrze pamiętam stamperii. 
Moja kuchnia zdecydowanie potrzebowała ciemnych dodatków. Niby nic, a już widać różnicę przekraczając próg pomieszczenia. Na półkach trzeba wymienić koszyki z pistacjowo żółtych na brązowo beżowe, ale rurki wciąż się kręcą :) 
Tyle pracy przez zwykły tani zegarek.  I zapewne z rozpędu zrobię sobie jakiś nowy zegar, a obecny wyląduje w piwnicy. Nie mówię tak, nie mówię nie, hihi, toż ja w końcu baba z krwi i kości, a z takimi to nigdy nic nie wiadomo.











Poniżej prowodyr moich kuchennych rewolucji.




Połowa z Was z pewnością mnie teraz zlinczuje za zakup chińszczyzny, ale cóż. Człowiek już taki przewrotny jest.

Buziam Was jak zawsze ciepło, serdecznie witam nowe obserwatorki, dziękuję za miłe komentarze pod postem z mało czerwonymi malwami a przede wszystkim za to, że jesteście i do mnie zaglądacie. 
Namarudziłam troszkę, teraz idę zerkać na Wasze poczynania na blogach. 

Mariwon


poniedziałek, 1 września 2014

Malwy

Zasiadłam dziś rano do komputera z kawunią, zerknąć po blogach co tam w trawie piszczy. Wpadłam do naszej kochanej Danutki, a tam wyraźnie napisane, coby kawkę i duży kawał ciasta w łapy wziąć, zanim na dobre zaczynie się czytanie. Posłuchałam więc koleżanki, popędziłam do kuchni w celu przygotowania kanapek na śniadanie, gdyż ciasta w domu brak i zasiadłam do porannej lektury. Naczytałam się co nie miara, a jedzenia zabrakło w połowie tekstu. Poczytałam, pooglądałam obrazki z kolorami i kiedy już skończyła się danutkowa epopeja, zabrałam się ostro za myślenie, co by tutaj z czerwonym kolorem wymodzić. Nagle....... EUREKA !!!!!!! Stanął mi przed oczami obrazek z posta Ani Iwańskiej ze słodkim tekstem -biały sracz na czarnym tle, w odpowiedzi na sztukę nowoczesną- To było to. Sztuka poniekąd nowoczesna. Wytaszczyłam z moich domowych zakamarków podobrazie, wygrzebałam i odkurzyłam jakiś czas nieużywane farby akrylowe, odkopałam kilka pędzli i wzięłam się za malowanie. Padło na malwy, które akurat kwitną pod moim ogródkowym płotem. Dzieło owe mierzy sobie 100 cm wysokości i 30 długości. 
Tym sposobem załatwiłam sprawę wyzwania wrześniowego z kolorem czerwonym, dodając mu zieleności, jak w wytycznych Danusi. Szczegóły Danutkowej zabawy znajdziecie w linku .






Sygnatura z datą na dowód mojej miłości i wierności.... oj nie, to przysięga małżeńska była hihi




 
 Obowiązkowo nadrobiony po czasie banerek cyklicznych kolorków u Danutki





Żeby nie było tak całkiem zielono czerwono, dorzucę Wam fotunie z wczorajszego grzybobrania z moimi małymi szkodnikami. 


Sowie pola, czyli pięknie rosnące w lesie kanie. Zostawiłam je, niech sobie spokojnie rosną, jutro przecież idziemy do lasu, to zbierzemy większe :) Tutejsze plemiona bowiem takowych trujasów nie zbierają.





Dla smakoszy borowiczek :)  Nie nie, takich w lesie nie zostawiałam. Które się nadawały,lądowały w koszyku, pozostałe musiałam odrzucić, bo niestety robale były na grzybach przede mną.




Na zakończenie moi mali grzybiarze, po których w tym momencie muszę się zbierać do przedszkola.



Buziam Was mocno, dziękuję za każdy miły komentarz pod moimi pracami, a za te bardzo krytyczne absolutnie też się nie obrażę. 

 Dopisano 16:43

No ja doopa blada jestem i tyle. Banerka nie wstawiłam, o kolorku nie napisałam..... Jak się człowiek śpieszy..... itd. Ale to nic, bo zupę wstawiłam, dzieci odebrałam, zupę im nalewam i co?? Nie przyprawiłam za bardzo, haha. Taki osioł jestem dzisiaj, że już sama nie wiem co o sobie myślę. 

A więc tak. Banerek wisi już w poście wyżej, a co do koloru, to czerwień lubię, owszem, bo to kolor zdecydowanie odważny i noszą go zazwyczaj osoby przebojowe, nie bojące się niczego. Niestety, jak większości wiadomo po dzieciaczkach zostało mi parę kilo za dużo w ramach życiowego bonusa, toteż i czerwień nie jest dla mnie obecnie wskazana, aczkolwiek pozostało w szafie kilka rzeczy w tymże właśnie kolorku.
Na dowód tego dołączam foteczkę w szytej niegdyś przeze mnie własnoręcznie letniej sukieneczce w barwach narodowych.



Na dokładkę kolejny dowód na to, że lubię czerwień - moje pierwsze i wiele lat mordowane auto, golf jedynka, oczywiście ze zmienionym większym silnikiem itd. Był moim prezentem od taty z okazji zdania egzaminu na prawko. Pomimo wielkiego sentymentu z racji przeprowadzki do Niemiec auto zostało sprezentowane wujkowi, który zwyczajnie na świecie je sprzedał. Tutaj komentarza nie pozostawię, bo mi się płakać chce od razu. To nauczyło mnie jednego - nie dawać nikomu drogich prezentów. Zdjęcie zrobiłam tuż po tym, jak pomalowałam na czerwono wszelkie dodatki w środku i napisy na oponach.



Na zakończenie i poprawę humoru, kolejny dowód na to, że z czerwonościami mi do twarzy :)


Więcej grzechów nie pamiętam, jak ktoś jakiś znajdzie, proszę walić śmiało.