Dzień doberek ludziska kochane :)
Oj, tydzień już mija odkąd zaczęłam brać się za pisanie posta, ale ciągle coś stawało mi na przeszkodzie. Oglądanie Waszych blogów zajmuje tak wiele czasu, że brakuje mi doby na własne działania. Obserwuję tyle pięknych dzieł każdego dnia, wielu nie komentuję na bieżąco, ale jestem i mam na Was oko. Wielki brat patrzy i czuwa :)
Do tego cała masa domowych obowiązków i wypady poza moje skromne cztery ściany.
Nie wspomnę o tym, że kazali w nocy zegarki przestawiać, więc wstałąm grzecznie o 2 godzinie z soboty na niedzielę i przestawiałam te nieszczęsne zegarki.
I tak teraz zegarek z kuchni przestawiłam do salonu, ten z salonu zawędrował do sypialni, a kolejny z drugiej sypialni wylądował w toalecie. Hihi. Takim oto sposobem zmęczona byłam strasznie więc z tego wszystkiego przespałam całą niedzielę i dziś jeszcze do siebie dojść nie mogę.
Nie pozostaje nic innego, jak dziękować opatrzności, że nie mam w domu wielkich stojących zegarów, bo jakbym jeszcze te musiała przestawiać, to pewnie by mnie w krzyżu strzeliło. Pocieszające jest oczywiście to, że takie przestawianki robi się dwa razy do roku a nie na koniec każdego miesiąca albo coś.
Kontynuując tematykę dzisiejszego posta, przedstawiam Wam mój twór już kilkutygodniowy, ale jakoś tak brakło okazji.
Jabłuszko było niegdyś półką dziwolągiem, którą sąsiedzi wywalili na ulicę.
Ja nie taka, żeby robaczkom owoc słodki zostawiać, więc przygarnęłam dziada do siebie.
Oderwałam mu nieszczęsne półeczki...
i przerobiłam na jeszcze większego dziwoląga. Pomalowałamkremową farbą do mebli, później machnęłam mu napisik ołówkiem.....
.... później zaciapałam woskim i farbą. Na koniec zmazałam zbyteczne kreski :)
Na koniec pociapałam czym się dało i jabłuszko moje nabrało kolorów.
Do takiego owocu żaden robal już nie wlezie. Zalakierowany kilka razy, żadnego trutnia nie przepuści:)
Na koniec jeszcze muszę się Wam pochwalić moimi nowymi zdobyczami, oczywiście w brązach, moich ulubionych.
Znajoma osiemdziesięcioletnia wdowa sprzedała swój ogromny dom i pozbywała się kilku przedmiotów, które w nowym mieszkanku już się jej nie zmieszczą. W moje ręce wpadły piękne dary.
Między innymi organy, które są idealne dla mojego sześcioletniego syna, który chce uczyć się grać. Tatuś oczywiście, jako że klawiszowiec, będzie synka nauczał w domku.
Przytaszczyłam również coś dla siebie. Piękną starą niciarkę i koszyczek wypełniony różnościami. Asortyment różniasty, cała pasmanteria upchana w środku. Guziki, tasiemki, włóczki, gumki, pierdoły, pierdołeczki.
Wśród wszystkich dooopereli pojawiła się też huśtawka dla lalek i piękne lalkowe krzesełko.
Więcej cudów nie fociłam, ale dostałam całą masę różnych przydasiowych pierdółek, które upchnęłam gdzie się dało, bo miejsca w domu zaczyna brakować. Nawet wszystkiego nie przeglądnęłam, tyle tego jest. Mój dom pomału zamienia się w wysypisko śmieci, hihi.
Czasami zastanawiam się, czy ja aby na pewno jestem normalna??
Tak, wiem, to pytanie już nie raz padało w moich postach. Nie wiem, może po prostu muszę się wciąż upewniać, że nie tylko ja mam takiego śmieciowo przydasiowego pierdolca :)
Życzę Wam miłego popołudnia, dziękuję że do mnie zaglądacie i jeszcze się mną nie znudziłyście.