Wszystkie zdjęcia na tym blogu są mojego autorstwa, nie zezwalam na ich kopiowanie, umieszczanie na innych blogach czy gdziekolwiek bez mojej wiedzy . Nie kradnę i nie chciałabym być okradana. Jeżeli wzoruję się na pracy innej osoby, poinformuję osobę zainteresowana i oznaczę ją pod zdjęciem.

czwartek, 6 listopada 2014

zimowe lampiony

Kilka dni temu chwaliłam się Wam, jakie cudeńka zgarnęłam od pewnej znajomej. Wśród całej masy różnych różności i przydasiów, jakie trafiły w moje ręce, znalazł się kartonik z sześcioma dużymi kieliszkami, koniakówkami. Dwa z nich już udało mi się przerobić na zimowe lampiony, więc pierwszą partię prezentuję Wam dzisiaj. 
Jako szeregowy pracownik naszej blogowej firmy knocik, muszę przecież od czasu do czasu zmajstrować coś, co ma choć odrobinę wspólnego z produkcją świeczników.
 
Zdecydowanie nie mam dziś dnia na pisanie, więc nie paplając zbyt wiele podrzucam fotunie i zmykam sobie. Dziś na tapecie wariacje masosolne, czyli kreatywny wieczór z dzieciakami. Kuchnia pełna makaronów i różnych dodatków, bo moje szkraby mieszają masę z czym popadnie. Ciekawe tylko, kto to wszystko później posprząta? Czyżby znowu padło na mnie? 











Tak się rozpędziłam ostatnio  z pisaniem postów, że zapewne jutro pojawi się nowy wpis z kolejnymi decou pracami.

Busssiam Was jak zawsze

Marta, Martucha, Mariwon, jak tam kto woli :)

środa, 5 listopada 2014

bombki, bombeczki, bombunie :)

Coś ostatnio nie wyrabiam z publikowaniem swoich prac. Nie pasuje wrzucać wszystkiego na raz, bo wszystko jest z innej parafii, a na częste pisanie postów nie mam ostatnio czasu.
Prace, które pokazuję dzisiaj powstały już jakiś czas temu. Dekupnęłam bombeczki styropianowe, bo przecież święta powinny być błyszczące i kolorowe. Niby ciągle coś robię, a tak na prawdę, nie ma tego aż tak wiele. Nie mam pojęcia, gdzie uciekają mi te wszystkie godziny każdego dnia. Zastanawiam się, czy aby przypadkiem moje zegarki nie mają jakiś chińskich baterii i przez to tak bardzo spieszą. Przecież to nie jest normalne, że ledwo wstanę a już robi się wieczór. Poniedziałek przelatuje ekspresowo, idę spać i znów jest niedziela. Kilka dni temu skrobałam pisanki, a tu już na dniach trzeba szykować choinki. Przydałoby się mieć znów szesnaście lat, wtedy człowiek miałby chociaż dwa baaaardzo długie lata przed sobą. Kurcze, im człowiek starszy, tym czas szybciej biegnie. Chyba się jakiejś depresji przez to tempo nabawię.


 Dziś na tapecie bombasy, więc fotek kilka Wam przedstawiam. Nie tak prosto focić błyszczące bomby, żeby nie odbijały światła, trzeba się namęczyć przy retuszu, żeby jakoś je zmatowić.  Nie mam już sił na kombinacje, więc fotki są jakie są. Najważniejsze widać, a że w realu są zdecydowanie ładniejsze, to już insza inszość :)













Dziękuję Wam kochane za przemiłe komentarze pod ostatnim postem z moją debiutancką maską wenecką. Wasze ciepłe słowa podbudowują człowieka niesamowicie, dodają powera i cieszą moją gębę.
Buziam Was jak zawsze i zmykam sobie dalej, życząc Wam miłego środkowego wieczoru.
A czemu niby środkowy?
Mój syncio swego czasu mówił poniedziałek, wtorek, środek ......  i zawsze mieliśmy z nim ubaw. Środek wesoły być przecież musi :)





wtorek, 4 listopada 2014

Do Wenecji jednak daleko

Witajcie Ludziki Kochane !!!

Od ubiegłego roku starałam się zabrać za zmajstrowanie weneckiej maski, ale jakoś wcześniej mi się to nie udało. Aż do wczoraj. Kiedy Danusia ogłosiła kolorek na listopad, zaczęło się myślenie. Miałam kilka typów, które skrzętnie zapisywałam sobie w kajeciku, co by mi żaden pomysł nie umknął. Z całej listy różności, gdzie każda miałaby być wykonana zupełnie inną techniką, wybrałam wenecką maskę. 

Rolka gipsu już od dawna znajduje się w moich przydasiowych zbiorach. Z nad morza przywiozłam taką zwykłą plastikową maskę, którą zakupiłam w celu użycia jako bazy do formowania maski. Nie mam pod ręką model, którego mogłabym zmolestować do pracy, a na samej sobie jakoś nie chciało mi się działać. Oczywiście przydałby się ktoś z delikatnym nosem, wtedy efekt byłby idealny, ale trzeba było radzić sobie z tym, co się ma. A że sama mam taki truskawkowy czy też kartoflany kinol, to ten z formy pasuje na mój dziób idealnie. 

Danusia podała nam kilka propozycji kolorystycznych, złoto pozwoliła pomieszać z czernią, fioletem i bielą bądź ecru. Mój wybór padł na połączenie z czernią. 
Nie zwracajcie zbytnio uwagi na szczegóły, ponieważ jest to moja pierwsza taka praca, więc od ideału daleka. Z pewnością nie jest ostatnia, bo spodobało mi się takie brudne i mokre dłubanie. 
Teraz jestem specjalistką od gipsu, więc na ortopedę na pewno się nadaję. Jakby gdzieś, komuś, kiedyś było trzeba, to ja już wiem jak to działa, więc chętnie pomogę :) 

 Nie będę się już więcej przechwalać. Prezentuję Wam moje pierwsze weneckie dzieło. Zdjęć trochę dużo, ale jakoś nie mogłam się znów zdecydować, a chciałam pokazać efekt mojej pracy z każdej strony. 

 Nie miałam zbytnio z czym szaleć, więc użyłam zakupionej niedawno moskitiery okiennej :) Nie jest szczególnie elegancka, do tego na zdjęciu wygląda nijak, ale ... Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Ja tam swoją maskę lubię. I tę prywatną i tę gipsową.





Kwiatek wygnieciony z papieru foto o gramaturze 270 g/m2. Papier jest bardzo twardy, świetnie się z nim pracuje, ale trzeba go chwilę namoczyć przed formowaniem. Dodatkowo płatki delikatnie przetarte perlen penem i psiknięty lakierem bezbarwnym w sprayu.







 Wzorki reliefowe robione czarnym linerem 3D, następnie posypane mieszanką brokatu, który zsypuję do pojemnika podczas pracy z bombkami. Później zostaje mi taka kolorowa mieszanka do innych celów :)







Z uśmiechniętą maską zgłaszam swoją pracę na kolorowe wyzwanie u Danutki . Mam nadzieję, że tym razem będzie jeszcze więcej artystek kolorystem i dobijemy setki :)  



 Jeżeli chodzi o mój stosunek do złota, to niekoniecznie przepadam za takim czystym wydaniem. Pierścionek zaręczynowy, obrączka, kolczyki i zawieszka z łańcuszkiem, owszem, ale mieszane z białym złotem pół na pół. Złotych zębów nie posiadam :)
Lubię mieć parę złotych w kieszeni, ale to też tylko jak jestem w Polsce, bo tutaj nawet miliony na nic by się zdały.
Jako dodatki w pracach złoto wskazane, owszem, najchętniej jednak stare. 

Oooo.... klamki w domu mam właśnie w kolorze starego złota. 
Bożonarodzeniowo również złoto u nas gości, nawet do wielkanocy, albo i dłużej, bo jak na choinkę wrzucę tzw anielskie włosy w złotym kolorze, to później po całym domu się ciągną. Wszędzie się plączą :)


W październiku rządziłam trochę u Danutki, jako pomysłodawca wyzwaniowego kolorku. Mój wkład w zabawę został doceniony i szefowa zrobiła dla mnie przepiękny świeczniczek z zimnej porcelany. Owe cudo wpadnie w moje łapki w grudniu, kiedy wybiorę się do Polski, więc będę je prezentować u siebie dopiero po powrocie do domu. Jeżeli chcecie zobaczyć i troszkę mi pozazdrościć, zapraszam na blog Danusi KLIK, tam można zobaczyć i podziwiać moją nową domową dekorację.



Na koniec dorzucę Wam w gratisie fotki z etapu tworzenia mojego złotego, wyzwaniowego dzieła, żeby nie było, że maska od chińczyka za parę centów :)



Poniższa fotka trochę mało wyraźna, ale wiadomo o co chodzi :) 


Buziam Was ciepło i zmykam do swoich dłubanek.
Do zobaczyska w kolejnym poście

Martucha

sobota, 1 listopada 2014

z szycia wzięte

Kiedy wymyślałam kolor na październik na cykliczne kolorki Danutki, wpadłam na pomysł, że skromnie nagrodzę jedną z artystek kolorystek, biorących udział w zabawie. 
Październikowa zabawa dobiegła końca, w sumie powstało 86 wspaniałych prac z brązowym kolorem w roli głównej. Danusia z pewnością szykuje już post z podsumowaniem wyzwania, komponuje piękne kolaże z wszystkimi dziełami i czeka na nowe prace z kolorkiem na listopad.
Słowo się rzekło, więc dziś przedstawiam skromny upominek, jaki zmajstrowałam w ostatnim czasie. 
Spod mojej ręki wyszły dwa dziwactwa, czyli mieszanka polaru z kordonkiem i odrobiną skóropodobnego ustrojstwa, w postaci serduszka i ptaszka. Mi osobiście takie połączenie bardzo się podoba, zamierzam więc stworzyć takich cusiów więcej. Mam nadzieję, że prezencik spodoba się również osobie wylosowanej. 
Jako, że jest to mój drugi post w ciągu niespełna godziny, nie rozpisuję się zbytnio. Pędzę biegiem, żeby ogłosić iż moje dziwolągi polecą do......

........

........

Dobra, najpierw prezentacja, hihi









Chciałam wrzucić krótki filmik z losowania, ale akurat padły mi baterie w aparacie, a zanim je naładuję, minie troszkę czasu. Musicie więc uwierzyć mi na słowo, niedowiarkom zamieszczę  filmik w kolejnym poście. Proszę zgłaszać postulaty w komentarzach :)
Wspaniały generator liczb, pochodzący ze strony www.losowo.pl postanowił, że zdobywczynią upominku będzie.....

...... Osoba, którą wylosował program, jak sama pisze "MA KOTA" a na imię jej Dorota. 
Oczywiście zapraszam na blog o Dorocie i jej kocie, gdzie  znajdziecie piękne karteczki i różne scrapowe cudowności.  

Mam nadzieję, że Dorota przyjmie skromny upominek, który kotem co prawda nie jest, papierkami też nie, ale jest jaki jest :)  

Jeżeli koleżanka przyjmie przesyłkę, proszę o przesłanie adresu pocztowego mailem :)

Kończę marudzenie, zmykam szukać złota. Biorę zaraz sito i pędzę szukać rzeki. Będę cedzić kamyczki, może jakaś grudka mi się trafi, bo przecież trzeba teraz podołać kolorkowi, jaki wymyśliła nam Danutka. 

Życzę Wam robaczki wspaniałego wieczorku i pięknej niedzieli. 
Busssiam mocno, ściskam czule i tak dalej, i tak dalej.....


już nigdy ....

Pierwszy listopada jak zawsze przywołuje u mnie pewne tragiczne wspomnienia. Jest to szczególny dzień dla wielu z nas. Każdy z nas stracił w swoim życiu kogoś bliskiego, szczególnego. I o ile było to odejście z powodu choroby czy wieku, jakoś można sobie to wytłumaczyć, poukładać w głowie. Jeżeli jednak kogoś bliskiego los wyrywa nam z rąk tragicznie, życie staje się koszmarem. Czasem na krótko, czasem na całe życie. Każdego dnia powinno się pamiętać  o tych, którzy odeszli z tego świata, każdego dnia pielęgnować wspomnienia i nie dać się im zatrzeć w pamięci. Są jednak sytuacje, które proszą się o to, by o nich zapomnieć, omijać z daleka. Tak też jest i u mnie. 
Wiem, teraz jestem mężatką, matką, minęło wiele lat, czas zagoił rany, nie powinnam rozpamiętywać tego, co było. Ale ten dzień, szczególny dzień w roku, choć tutaj w DE nie celebrowany tak, jak w Polsce, przywołuje niemiłe wspomnienia i rozdrapuje stare, zabliźnione rany. 
Był kiedyś ktoś w moim życiu, kogo los zabrał w okrutnych okolicznościach. Nie było to nic nadzwyczajnego, zwykła młodociana miłość, a właściwie miłostka, bo wiek też był głupi. Doskonale pamiętam wieczór, kiedy wraz ze znajomymi imprezowaliśmy w barze, celebrując czyjeś urodziny. Miałam grzecznie się bawić, nie wychodzić nawet na papierosa bez uprzedzenia. Niestety, zdarzyło się inaczej. Znajomy zaproponował, żeby ktoś skoczył po alkohol kilkadziesiąt metrów dalej, bo w monopolowym niby taniej, a bar zaprzyjaźniony więc problemu z tym nie było. Trzy osoby się zgodziły, w tym ja. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, było ciemno, nie było nawet żadnego samochodu w pobliżu. W pewnej chwili usłyszałam jak Tomek woła Martucha, zaczekaj ! Odwróciłam się i wtedy ten cholerny biały polonez pojawił się znikąd z zawrotną prędkością. W ułamku sekundy przejechał po Tomku, jak po manekinie i pojechał dalej. Wypadek był na wprost bramy szpitala, ale dyżur miał inny szpital, więc nikt nam nie pomógł. Czekaliśmy na karetkę 15 minut!!!! Obłęd. Od czego są cholerni lekarze !!!!! 50 metrów dalej !!!!  Tomek walczył o życie jeszcze trzy dni. To były najdłuższe dni w moim życiu. Dowiadywałam się  wszystkiego telefonicznie, bo nie mogłam pojawić się w pobliżu. Wszyscy chcieli mnie zlinczować. Nie mogłam pojawić się na pogrzebie, bałam się przechodzić wieczorem przed własnym blokiem, bo tam czekali wrogowie, dla których byłam winna tej śmierci, bo mogłam przecież nigdzie nie wychodzić. Nie doszłoby do tego, gdybym została w lokalu, gdyby poszedł ktoś inny. Straciłam bliską mi osobę i wielu kolegów, bo przyjaciółmi nie można ich nazwać. Choć do chwili wypadku myślałam, że to są właśnie przyjaciele. 
Przez kilka kolejnych lat byłam stałą bywalczynią cmentarza. Zawsze po zmroku, żeby nikt mnie nie zobaczył, zawsze z białą różą. Wmawiałam sobie niewinność, choć w głębi duszy wiem, że jestem winna. Zawsze, ilekroć pojawiam się w tamtej okolicy, widzę wielką plamę krwi i człowieka, który w ogóle nie przypominał już siebie. 
Sprawcy nigdy nie złapano. 
Po kilku latach poznałam kogoś. Był miły, sympatyczny, dał się lubić. Spotkaliśmy się kilka razy. Pewnego dnia stwierdził, że musi być ze mną szczery i chce wyznać mi tajemnicę.
Jakaż to była tajemnica? zapytacie.  
Spotykałam się właśnie z kierowcą białego poloneza sprzed lat. 
To było nasze ostatnie spotkanie....

Rokrocznie przypomiam sobie całą tę smutną historię. Czasem mam wrażenie, że to film, że to nie wydażyło się na prawdę. 
Moje życie jest teraz poukładane, mam męża, dzieci, sporo lat więcej na karku. Ale do dziś pamiętam widok nagrobka i ten napis "zginął tragicznie w 21ej wiośnie życia "



poniedziałek, 27 października 2014

soczyste jabłuszko


Dzień doberek ludziska kochane :)

Oj, tydzień już mija odkąd zaczęłam brać się za pisanie posta, ale ciągle coś stawało mi na przeszkodzie. Oglądanie Waszych blogów zajmuje tak wiele czasu, że brakuje mi doby na własne działania. Obserwuję tyle pięknych dzieł każdego dnia, wielu nie komentuję na bieżąco, ale jestem i mam na Was oko. Wielki brat patrzy i czuwa :) 
Do tego cała masa domowych obowiązków i wypady poza moje skromne cztery ściany.
Nie wspomnę o tym, że kazali w nocy zegarki przestawiać, więc wstałąm grzecznie o 2 godzinie z soboty na niedzielę i przestawiałam te nieszczęsne zegarki. 

I tak teraz zegarek z kuchni przestawiłam do salonu, ten z salonu zawędrował do sypialni, a kolejny z drugiej sypialni wylądował w toalecie. Hihi. Takim oto sposobem zmęczona byłam strasznie więc z tego wszystkiego przespałam całą niedzielę i dziś jeszcze do siebie dojść nie mogę. 
Nie pozostaje nic innego, jak dziękować opatrzności, że nie mam  w domu wielkich stojących zegarów, bo jakbym jeszcze te musiała przestawiać, to pewnie by mnie w krzyżu strzeliło.  Pocieszające jest oczywiście to, że takie przestawianki robi się dwa razy do roku a nie na koniec każdego miesiąca albo coś. 

Kontynuując tematykę dzisiejszego posta, przedstawiam Wam mój twór już kilkutygodniowy, ale jakoś tak brakło okazji. 
Jabłuszko było niegdyś półką dziwolągiem, którą sąsiedzi wywalili na ulicę. 
Ja nie taka, żeby robaczkom owoc słodki zostawiać, więc przygarnęłam dziada do siebie.

 Oderwałam mu nieszczęsne półeczki...





 i przerobiłam na jeszcze większego dziwoląga. Pomalowałamkremową  farbą do mebli, później machnęłam mu  napisik ołówkiem.....



.... później zaciapałam woskim i farbą. Na koniec zmazałam zbyteczne kreski :)

 

Na koniec pociapałam czym się dało i jabłuszko moje nabrało kolorów. 




 
Do takiego owocu żaden robal już nie wlezie. Zalakierowany kilka razy, żadnego trutnia nie przepuści:)


Na koniec jeszcze muszę się Wam pochwalić moimi nowymi zdobyczami, oczywiście w brązach, moich ulubionych.
Znajoma osiemdziesięcioletnia wdowa sprzedała swój ogromny dom i pozbywała się kilku przedmiotów, które w nowym mieszkanku już się jej nie zmieszczą. W moje ręce wpadły piękne dary. 
Między innymi organy, które są idealne dla mojego sześcioletniego syna, który chce uczyć się grać. Tatuś oczywiście, jako że  klawiszowiec, będzie synka nauczał w domku. 



Przytaszczyłam również coś dla siebie. Piękną starą niciarkę i koszyczek wypełniony różnościami. Asortyment różniasty, cała pasmanteria upchana w środku. Guziki, tasiemki, włóczki, gumki, pierdoły, pierdołeczki.



  
Wśród wszystkich dooopereli pojawiła się też huśtawka dla lalek i piękne lalkowe krzesełko.












Więcej cudów nie fociłam, ale dostałam całą masę różnych przydasiowych pierdółek, które upchnęłam gdzie się dało, bo miejsca w domu zaczyna brakować. Nawet wszystkiego nie przeglądnęłam, tyle tego jest. Mój dom pomału zamienia się w wysypisko śmieci, hihi. 

Czasami zastanawiam się, czy ja aby na pewno jestem normalna??
Tak, wiem, to pytanie już nie raz padało w moich postach. Nie wiem, może po prostu muszę się wciąż upewniać, że nie tylko ja mam takiego śmieciowo przydasiowego pierdolca :)

Życzę Wam miłego popołudnia, dziękuję że do mnie zaglądacie i jeszcze się mną nie znudziłyście. 

środa, 15 października 2014

Przerywnik

Wpadam sobie tutaj na chwilkę, zaprezentować Wam mój artystyczny kącik szydełkowy, gdzie mogę sobie zasiąść z papieroskiem i kawunią i spokojnie szydełkować. W przeciwieństwie do poprzedniego posta, na tym stole panuje porządek. 
Grzyby w lesie się skończyły, przytaszczyłam Więc trochę innych różności z ostatniego spaceru. Do koszyczka, który niedawno otrzymałam od znajomej nawkładałam co się dało, i powstało takie cudo.

Wianek, który wisi na ścianie powstaje tak sobie już od bardzo dawna i nabiera różnych barw. Nawet wrzos na zielniku usechł :) Niestety w tym roku na zielnikowej ścianie ziół zabrakło, wszystkie padały, nawet lawenda nie przeżyła. Ale zostawiłam trupa, niech inne duchy odstrasza, hihi

 Teraz, gdy tylko pogoda dopisuje, siedzę sobie pośród natury i dłubię, i dłubię, i dłubię...... 








Ta sucha miotła nad dzwonkami to rzeżucha :) I nie służy do zamiatania :)
 


A propos wczorajszego zdjęcia stołu z bałaganem, poniższy obrazek przedstawia miłą scenkę. Cóż, u mnie goście kawę piją podobnie, hihi